|
Autorka: Iwona Wawrzeńczyk
Sprawa to niesłychana – pani zabiła pana! Dwa lata wśród przyjaciół wielu… spędziła w męskim burdelu... z damskim towarzystwem bardzo (choć panowie nie pogardzą)!
Bo właśnie ciut ponad dwa lata temu miałam okazję trafić pod osłoną nocy na Kazimierz, by upolować sobie wycieczkę na inną planetę, schowaną aktualnie za nazwą Koncert pod tytułem.
Rymowanie zostawię jednak profesjonalistom, a sama wskażę winnego, a właściwie współwinowajcę zamieszania, którym jest krakowski artysta, scenicznie – mam wrażenie – niczym nieograniczony! Tomasz Mars (nazwisko! nie pseudonim – co chyba już zwiastuje sukces!) – konferansjer, showman, rozbawiacz, wodzirej, kaznodzieja przedniej zabawy, ale przede wszystkim obdarzony naprawdę mocnym głosem i bardzo dobrą dykcją wokalista. Lekka bezczelność i cynizm, niebywała energia, pewna doza niewinności, która jeszcze istnieje, i cała masa cech powierzchownych zamkniętych w powłokę nie szpetną, a wręcz całkiem wdzięczną połączone zostały śpiewająco w koktajl, po który widzowie bardzo często wracają i... chcą jeszcze, i chcą znowu!
Mars zdecydowanie uzależnia, w sposób jak najbardziej pozytywny. Rasowe sceniczne zwierzę – a nie od dziś wiadomo, że „ratlerek” też może narobić hałasu. I choć póki co ten medialny szum nadal przed nim, bo projekt jest zdecydowanie niedoceniany przez media (album ukazał się w 2006 r., a media udają, że to wydarzenie nie miało miejsca), żywię ogromną nadzieję, że to po prostu cisza przed burzą.
Warszawa, Poznań, Berlin, Bonn... Heniek pochodzi z tamtych stron... – przekonuje nas ze sceny, odśpiewując mocno Motorowy utwór! A skąd otrzymaliśmy to estradowe zjawisko? Jeden z faktów historycznych, które tu przytoczę, głosi, że Tomasz Mars, rodem z Nowej Huty, nauki pobierał u samego Andrzeja Zaryckiego (co w kwestii tworzenia muzyki stawia go w bardzo dobrym świetle), by potem na kilka lat odpłynąć łagodnie z gitarą w poezję wy-śpiewaną...
Ostatecznie na kolejnym przystanku – w Piwnicy pod Baranami – spotkał Poetę Michała Zabłockiego. I jak zapewnia Mars ze sceny, na św. Agnieszki postanowili siać zamieszki. Od postanowienia do dzieła droga była krótka, bo na Estery 3, do kultowej już Alchemii... gdzie mniej więcej od 2003 r. dobrych parę lat mieszali w niejednej głowie. A od roku robią to w Pałacu Krzysztofory. Ot! Bajzel na kółkach się przemieszcza!
Co by nie pisać i nie mówić, Poeta Michał Zabłocki ma niesamowite szczęście do fuzji, a działa to oczywiście i w drugą stronę. Szczęście ma zarówno awers, jak i rewers.
Powstał projekt tak niebanalny, że gdyby chcieć go oprawić, ramę trzeba by było robić na specjalne zamówienie!
Rzecz jasna, nie sposób nie wspomnieć o finezji, czyli poezji, która firmowana marką Zabłocki jednych może bulwersować, innych zachwycać ze wszech miar. A o czym są teksty? W całej przewrotności i uszczypliwości są po prostu o ludziach, sąsiadach, tych, których mijamy na ulicach, głowach podejrzanych i życiorysach nie do końca poukładanych, czyli o… nas samych. A talent Michała Zabłockiego sprawił jedynie, że to, co żywe, stało się jeszcze bardziej jaskrawe. Opowiastki z życia wzięte-niepojete: o bezkompromisowej "suce"… co sobie leje i wyje koło drzewka – i jest jedną z bohaterek drugiego planu Sprawy Andrzeja, w której mamy także morderstwo w afekcie (Uwaga, mili państwo! Kłębkiem waty, można zabić!), o Sławku, co idzie przez miasto, o Radku (nie Januszu!), Patrycji, Dorocie, Beacie, Stefku, Andrzeju, kolczykach tu i ówdzie, zaburzeniach pamięci, pragnieniach w sferze realizacji i w sferze marzeń, a także marzeniach i realizacji w sferze pragnień.Podawane są na gorąco i na zimno, na sposób głośny, gdzie siedzenie, prócz tego prywatnego, nie jest potrzebne, i sposób senny, trochę mroczny, siejący niepokojącą ciszę.Publika się śmieje i bawi, choć mogłaby się teoretycznie oburzać. Po głębszym zastanowieniu historie te stają się bliższe, bo nagle okazuje się, że mogą być nasze własne. I jeden do zera dla tych, którzy po odkryciu tych faktów nadal potrafią parsknąć śmiechem.
To elegancki skandal. Dom publiczny SŁOWA, gdzie nie pachnie stęchlizną, a ironią, i, co tak rzadko dziś się zdarza, olbrzymią dawką inteligencji. Owe teksty skandaliczne w połączeniu z brzmieniem perkusji i gitarowymi riffami, dla których jednak wisienką na torcie jest showmeństwo frontmana, tworzą mieszankę tak wybuchową, że w scenie finałowej niektórzy widzowie (do których sama należę) chcą wyciągnąć zawleczkę od tego granatu. I raczej nikt nas nie będzie powstrzymywał.
A przynajmniej nie zrobi tego Krzysztof Łochowicz (gitara), Marek Mars (gitara basowa), Dominik Kimczak (perkusja) i Tomasz Hernik (hmm… w skrócie: multiinstrumentalista), czyli zespół wespół z Marsem.
Realizują bardzo dobry kawał rocka skomponowanego w większości przez Waćpana Tomasza. Rock ten gwoli ścisłości przez Poetę Zabłockiego określony został mianem kabaretowego.
W tym całym pozytywnym bałaganie jest jeszcze bardzo ważny punkt wieczoru: licytacja. W szranki staje widownia, czasem nawet przygotowana do wyścigu z prywatną skarbonką po lewej lub po prawej stronie.
A pisząc choć trochę poważniej... Osławione już legendą licytacje, czasem zażarte, a czasem zupełnie szybkie i zdecydowane, toczą się o wiersz, który po krótkim wywiadzie i zadaniu kilku niestandardowych i niedyskretnych pytań, poeta pisze, by w finale dokonać publicznego odczytu ku uciesze publiki i niekiedy rumianemu zawstydzeniu szczęśliwego posiadacza....
Koncert pod tytułem - wypadkowa bardzo dobrego tekstu z bardzo dobrymi rockowymi brzmieniami, przypieczętowana porządną dawką charyzmy z banderolą prowokacji! Recepty na ten bardzo dobry nastrój, spełnienie najskrytszych marzeń i liczne uciechy, a przede wszystkim na przednią zabawę w obecnej chwili wypisują w Teatrze Piosenki w Centrum przy Szczepańskiej 2!
Szaleństwo? Dla wielu tak! Zależy, jak bardzo ekstremalne sporty chcemy uprawiać. Wobec Tomasza Marsa pozostać obojętnym nie można. Chyba, że cierpi się na chroniczną znieczulicę. A wtedy przepraszam za zamieszanie.
Powered by AkoComment 2.01 PL+ Polska adaptacja - © Copyright 2006 by Zwiastun and SecurityImage 3.0.3 |